Małe dziecko jest bardzo wyczulone na empatię i współczucie opiekuna, szczególnie kiedy doświadcza trudnych emocji. Dzieje się tak, ponieważ na tym etapie rozwoju poznawczego i emocjonalnego nie jest ono w stanie samo „ogarnąć się” i pomieścić w sobie zalewających je emocji. Dlatego potrzebuje wsparcia opiekuna, który cierpliwie, z empatią i współczuciem przyjmie wszystko, co pojawia się w dziecku. To opiekun pokazuje, że można wytrzymać i poradzić sobie z emocjami, że one nikogo nie unicestwiają, że można je przeżyć.
Jeśli jednak nie było opiekuna wrażliwego na nasze trudne stany emocjonalne, to nasza sytuacja się skomplikowała. Do trudnej emocji pojawiającej się naturalnie (np. złości, wstydu) dołączyły nastroje wynikające z braku empatycznego opiekuna, który ukoiłby nasz ból, takie jak samotność, pustka, frustracja itp. Kiedy odkładamy na bok nasze role życiowe (których zadaniem było chronienie nas przed koktajlem powyższych emocji), łączymy się z naszą najbardziej zranioną, a jednocześnie najbardziej żywotną częścią (naszym „dzieckiem wewnętrznym”). Nasza rola służyła nam przetrwaniu poprzez unikanie trudnych uczuć, powodując jednoczesne zaprzeczanie najgłębszej prawdzie o nas samych, mianowicie temu, że jesteśmy żywymi, czującymi osobami, które kochają i pragną być kochane. Osobami, których istotą jest przepływająca przez nie miłość, a wraz z nią radość, poczucie bezpieczeństwa (pokój wewnętrzny), sprawczość, kreatywność. Aby powrócić do tej prawdy, musimy na poziomie ludzkim odtworzyć zerwane w dzieciństwie połączenie ze sobą.